"Wandal" to komplement? Odpowiedź na argumenty warszawskich grafficiarzy.

Przeczytałem tekst Rafała Górskiego dla Wyborczej pt. “Dla niektórych grafficiarzy słowo “wandal” to komplement. Nocny Marek radzi: “Nabierz dystansu”” z poczuciem, że w ważnej sprawie zachwiane zostały proporcje. Artykuł poświęca zbyt wiele miejsca tłumaczeniu stanowiska osób, które malują bez zgody na cudzych ścianach, a zbyt mało prostemu pytaniu: kto dał im prawo decydować za właściciela, mieszkańca i przechodnia, że ich ekspresja ma znaleźć się właśnie tutaj?

Pliki do pobrania
"Wandal" to komplement? Odpowiedź na argumenty warszawskich grafficiarzy.

W Warszawie nie mamy dziś problemu z tym, że społeczeństwo „nie rozumie graffiti”. Mamy problem z tym, że ogromna liczba ludzi musi codziennie patrzeć na cudze napisy i malunki, których nie zamawiała ani nie akceptowała, a za których usunięcie musi zapłacić. Właśnie dlatego warto odpowiedzieć na argumenty przywołane w artykule.

Autor artykułu na samym początku zadaje pytanie w kontekście osoby, która chowa się za pseudonimem Tope - “wandal czy artysta?” Moim zdaniem, przede wszystkim egoista. Bo jak inaczej nazwać osobę, która własną potrzebę ekspresji stawia ponad prawem innych do decydowania o wyglądzie ich własności i przestrzeni, w której żyją? Jak inaczej nazwać osobę, która ma w głębokim poważaniu fakt, że na usuwanie jej prac inni ludzie muszą wydawać dziesiątki tysięcy złotych?

Czy istnieje granica?

W artykule Tope stwierdził, że “nie ma żadnej granicy pomiędzy street artem a wandalizmem. To tylko ludzie wyznaczają sobie granice w swoich łebkach”.

Moim zdaniem można zdefiniować dwie takie granice - konserwatywną i trochę bardziej liberalną. Pierwsza jest bardzo oczywista i jasna z punktu widzenia prawa. Jeśli chcesz, aby twoje graffiti było sztuką, musisz je umieścić w miejscu, na które masz zgodę właściciela. Jeśli robisz to bez zgody, wbrew woli właściciela, to jesteś po prostu wandalem i egoistą. Druga granica jest bardziej liberalna i wytłumaczę ją na przykładzie prac artystki Berri Blue. Tworzy ona street art w formie ceramicznych płytek, na które nakłada pastelowe glazury wedle wypracowanej przez siebie techniki, a następnie wypala je w piecu. Jest to bardzo czasochłonny proces i wymaga dużych umiejętności. Co ważne, nie traktuje ona kafla jak zwykłego obrazu: projektuje go z myślą o konkretnym miejscu, a później montuje w przestrzeni miejskiej.

Jej prace są zupełnym przeciwieństwem bohomazów, które tworzy Tope. On zamiast wielu godzin poświęca na nabazgranie graffiti 2 minuty. Zamiast własnej, wypracowanej indywidualnej techniki ma puszkę z farbą w sprayu. Zamiast tworzenia unikatowych prac, które pasują do otoczenia, tworzy ciągle dokładnie te same powtarzalne bohomazy. Berri Blue podpisuje swoje prace, pokazuje swoją twarz w internecie i mediach. Udziela wielu wywiadów, w których opisuje swoje procesy twórcze. Topa działa anonimowo, najczęściej w nocy, z kapturem na głowie. 

“Mam ogromny szacunek dla architektury i bardzo starannie wybieram ściany, na które montuję kafle. Staram się nie sprawiać nikomu przykrości. Ważne jest dla mnie, aby praca dobrze współgrała z otoczeniem. Zazwyczaj przycinam elementy tak, aby pasowały, więc najczęściej są one dostosowane do konkretnego miejsca.” mówi Berri Blue, i otwarcie przyznaje, że działania streetartowe są nielegalne, i jest gotowa ponieść tego konsekwencje. Tego samego nie można powiedzieć o Topie - on za to nazywa ludzi niezgadzających się na niszczenie ich własności “ludźmi wyznaczającymi sobie granice w swoich łebkach”.

Prace Berri Blue można spotkać w prawie całej Warszawie. Jej kafle można obejrzeć między innymi na murku przy Dolince Szwajcarskiej. Umieściła je tam trochę ponad rok temu. W tym czasie służby miejskie usuwały bohomazy i graffiti z tego samego murku kilkukrotnie. Jej kafle nie zostały usunięte.

Praca Berri Blue na ul. Chopina w Warszawie.

Badacz od usprawiedliwiania przestępstw.

Chciałbym również odpowiedzieć na kilka tez postawionych przez pana Marcina Rutkiewicza. W artykule zostaje przedstawiony jako “badacz miejskiej sztuki”. Moim zdaniem powinno się go nazwać osobą, która usprawiedliwia grupę społeczną popełniającą przestępstwa i wykroczenia. Mowa bowiem o osobach, które dopuściły się czynów zabronionych. Artykuł 288 Kodeksu karnego dotyczy zniszczenia lub uszkodzenia cudzej rzeczy. Nie chodzi więc o stygmatyzowanie ludzi ze względu na ich zainteresowania czy formę ekspresji artystycznej, lecz o nazwanie wprost konsekwencji prawnych ich działań. Fakt, że ktoś określa swoje działania mianem sztuki, nie powoduje automatycznego wyłączenia odpowiedzialności za zniszczenie cudzej własności.

Trzeba również dodać, że oprócz bycia “badaczem miejskiej sztuki” pan Marcin sam należy do tego środowiska i tworzy graffiti oraz murale. Trudno więc mówić o jakimkolwiek obiektywizmie w jego wypowiedziach.

W artykule, na który odpowiadam, pan Marcin Rutkiewicz stwierdził, że „W Warszawie graffiti ma naturalne miejsce, bo miasto ma tragiczną historię”. Tak, ale pod warunkiem, że tym naturalnym miejscem jest muzeum, a nie zabytkowy budynek. Napis „Precz z komuną” na murze w państwie autorytarnym może być aktem sprzeciwu wobec władzy. Ale zamalowanie dziś odnowionej zabytkowej kamienicy albo tablicy upamiętniającej cywilne ofiary wojny nie staje się aktem wolności tylko dlatego, że również użyto farby i ściany. Nie można porównywać współczesnych grafficiarzy z ludźmi, którzy ryzykowali represje, walcząc o podstawowe wolności. Dawne graffiti opozycyjne były komunikatami w warunkach braku wolności słowa. Dzisiejsze „tagi” na elewacjach w demokratycznym mieście nie są jego kontynuacją.

Następnie pan Marcin powiedział, że tagowanie jest jądrem street artu i nie można mieć jednego bez drugiego. Jeżeli środowisko grafficiarzy uważa tagowanie za niezbędny element swojej kultury, może go praktykować tam, gdzie ma do tego prawo. Nie możemy się zgadzać na udostępnianie każdej ściany miasta jako pola treningowego. Nie można też przedstawiać mieszkańcom fałszywej alternatywy: albo zaakceptujemy tagi na budynkach albo nie będzie sztuki ulicznej. Oczywiście, że można rozwijać graffiti legalnie. Wystarczy korzystać z wyznaczonych miejsc free graffiti. Istnienie takich możliwości nie odbiera graffiti „autentyczności”. Odbiera tylko argument, że twórca potrzebuje koniecznie cudzej elewacji.

„Ludzie nie lubią graffiti, bo go nie rozumieją”. Naprawdę nie trzeba rozumieć kodu literowego, historii writerów ani estetyki tagów, żeby mieć prawo nie chcieć ich na swoim budynku. Niezrozumienie może tłumaczyć różnicę gustów. Nie tłumaczy sprzeciwu wobec niszczenia cudzej własności. Mieszkaniec może doskonale rozumieć, czym jest tag, jakie ma znaczenie dla środowiska i skąd się wywodzi - a mimo to mieć pełne prawo powiedzieć: nie chcę tego na swojej kamienicy.

Kłamstwa Nocnego Marka

Człowiek, który chowa się za pseudonimem Nocny Marek, wiele razy skłamał w swoich wypowiedziach dla Wyborczej. “Podkreśla, że inaczej podchodzi do zabytkowych kamienic oraz istotnych budynków, szczególnie tych po renowacji.- “Staram się je uszanować i pozostawić w takim stanie, do jakiego zostały doprowadzone”.” Dodatkowo stwierdził on, że zamiast zabytków woli zamalowywać apartamentowce, które kosztują milion złotych za metr.

Brzmi pięknie i niezwykle szlachetnie. Nasz warszawski Robin Hood! Szkoda tylko, że nic z tego nie jest prawdą.

Krótki spacer po Warszawie wystarczył, żeby zobaczyć charakterystyczne graffiti tego człowieka na świeżo wyremontowanych kamienicach.

Kamienica przy Mokotowskiej 54, znajdująca się w gminnej ewidencji zabytków, przeszła duży i bardzo kosztowny remont w ubiegłym roku. Nocny Marek potrzebował zaledwie kilku tygodni, aby zniszczyć elewację tej kamienicy swoją pseudosztuką. Nie uszanował mieszkańców tego budynku, którzy wydali dziesiątki tysięcy złotych na ten remont. Jego graffiti pojawiło się jako pierwsze na tym wyremontowanym zabytku. Kolejni wandale kontynuowali to co zaczął Nocny Marek, więc mieszkańcy tego budynku będą musieli wydać kolejne kilkanaście tysięcy złotych na wyczyszczenie elewacji. Jak to się ma do “podchodzenia inaczej do zabytkowych kamienic, szczególnie po renowacji”?

Graffiti Nocnego Marka przy ul. Mokotowskiej 54.

Nie musimy iść daleko, aby znaleźć kolejny przykład kłamstw Nocnego Marka. Na zabytkowej kamienicy przy Mokotowskiej 48, która jest jednym z najstarszych budynków w tej części śródmieścia, umieścił dokładnie to samo graffiti. W momencie, kiedy to zrobił, jego bohomaz był jedynym na tym budynku. Dzisiaj, zgodnie z teorią zbitej szyby, jego graffiti przyciągnęło kolejnych wandali i na tej kamienicy znajdują się już 3 kolejne tagi.

Graffiti Nocnego Marka przy ul. Mokotowskiej 48.

Na budynkach MDM (cały MDM jest wpisany do rejestru zabytków), które chyba najbardziej w Warszawie cierpią z powodu graffiti, naliczyłem kilkanaście bohomazów Nocnego Marka. Na niektóre z nich można przymknąć delikatnie jedno oko. Na przykład na budynku przy Marszałkowskiej 34/50 graffiti jest już tak dużo, że kolejne niewiele zmieni. Ale budynek naprzeciwko, pod numerem 45/49 to już zupełnie inna sprawa. Wspólnota wyremontowała ten budynek w 2019 roku i od tego czasu regularnie usuwa nowe graffiti. Nie powstrzymało to jednak naszego bohatera od zniszczenia również tego budynku. Umieścił swoje graffiti w takim miejscu, w którym nie było jeszcze innego graffiti.

Graffiti Nocnego Marka przy ul. Marszałkowskiej 45/49.

Na Starym Mokotowie wszystkie jego graffiti znajdują się na zabytkowych kamienicach. A zniszczył ich bardzo dużo. Część z tych kamienic nie miała żadnych innych graffiti oprócz Nocnego Marka.

Żałuję tylko, że dziennikarz, który umieścił wypowiedzi Nocnego Marka w swoim artykule, nie zweryfikował tak podstawowych faktów.

Nasz bohater stwierdził też, że „pustostan jest pustostanem - nikomu nie przeszkadza, że coś się na nim pojawi”. Tyle że pustostan pustostanowi nierówny. W Warszawie jest ich bardzo dużo. Część to zabytkowe kamienice, które czekają na remont. Niektóre są w lepszym stanie, inne zaś są bliskie katastrofy budowlanej. Jeśli budynek świeci gołą cegłą, można przymknąć oko na umieszczanie na nim graffiti (na przykład na kamienicy przy Kruczej 3). Ale weźmy pod uwagę zabytkową kamienicę przy Placu Zbawiciela (Marszałkowska 41). Od wielu lat jest pustostanem, więc graficiarze pokryli jej cały parter graffiti. Ponownie, można by na to przymknąć oko, gdyby nie fakt, że graffiti ma to do siebie, że szybko rozlewa się na sąsiednie budynki, które pustostanami nie są. Zabytkowa kamienica przy Marszałkowskiej 43 jeszcze w 2019 roku nie miała na swojej elewacji ani jednego taga. Dzisiaj jest równie okropnie zniszczona przez wandali jak pustostan, z którym sąsiaduje.

Dołączam do tekstu zdjęcia graffiti wykonanych przez Nocnego Marka. Są to wyłącznie zdjęcia zabytkowych budynków, których elewacje zniszczył krótko po ich renowacji, a także takich, na których jego graffiti było pierwszym i jedynym.

Dołączam również dwa zdjęcia graffiti, które umieścił w ciągu ostatniego tygodnia na rusztowaniach przy Marszałkowskiej 28 i Mokotowskiej 29. Oba te budynki są obecnie w renowacji, a ich elewacje są czyszczone z graffiti. Umieszczenie przez niego graffiti w tych miejscach traktuję jako swoisty sygnał skierowany do wspólnot tych budynków: „Na nic wasza ciężka praca i ogromne pieniądze — jak tylko znikną rusztowania, znowu zniszczę elewację waszego budynku”.

Gdybym miał dołączyć do tego tekstu zdjęcia wszystkich graffiti Nocnego Marka, które znajdują się na zabytkowych budynkach w Warszawie, nie starczyłoby na nie miejsca w artykule.

Koszt graffiti

W trakcie II wojny światowej w Warszawie zniszczono około 75–80% wszystkich budynków. Po wojnie miasto było odbudowywane ogromnym wysiłkiem kolejnych pokoleń, a zachowane i odtworzone kamienice, detale architektoniczne oraz fragmenty przedwojennej zabudowy stały się częścią wspólnego dziedzictwa. Dlatego szczególnie trudno zaakceptować argument, że przypadkowe malowanie po elewacjach jest jedynie niewinnym elementem miejskiej kultury.

Warszawa jest miastem, które i tak straciło ogromną część swojej historycznej tkanki. Każda zachowana kamienica, przedwojenna fasada czy detal architektoniczny ma przez to większą wartość niż w mieście, które nie doświadczyło takiej skali zniszczeń. Nanoszenie farby na takie budynki jest więc szczególnie haniebne.

W Warszawie bardzo dużo zabytkowych budynków ma elewację wykonaną z piaskowca. W szczególności socrealistyczne budynki, takie jak te tworzące MDM. To materiał szlachetny, ale jednocześnie szczególnie wymagający w czyszczeniu. Usunięcie z niego farby nie jest tak proste jak zmycie graffiti z gładkiej, współczesnej ściany. Nie można takich bohomazów po prostu zamalować. Nieumiejętne czyszczenie może uszkodzić powierzchnię kamienia, a profesjonalne usunięcie zabrudzeń wymaga czasu, specjalistycznych metod i pieniędzy. Czasami bywa tak, że farba wejdzie tak głęboko w strukturę kamienia, że pełne przywrócenie go do stanu poprzedniego jest niemożliwe. Kilka miesięcy temu na kamienicy przy Alei Niepodległości 151, której cała elewacja pokryta jest właśnie piaskowcem, pojawiło się bardzo duże graffiti. Mieszkańcy po kilku tygodniach zlecili czyszczenie tej ściany profesjonalnej firmie. Mimo że graffiti zniknęło, to sprawne oko nadal zauważy ciemniejszy kontur tego “dzieła”,  który nadal jest widoczny. Piaskowiec na tej kamienicy przetrwał wojnę, powstanie i wiele lat późniejszych zaniedbań. Ale przegrał z wandalami.

W momencie pisania tego tekstu trwa usuwanie graffiti z budynku przy Marszałkowskiej 28. Przez ostatnie kilkanaście lat wandale systematycznie niszczyli ten zabytek, pokrywając go kolejnymi warstwami farby. Dzisiaj, kiedy mieszkańcy w końcu zdecydowali się na wyczyszczenie elewacji, musieli wydać na ten cel kwotę 250 000 zł. 80% tej kwoty pokrywa miasto, więc za usuwanie skutków zabawy z puszką farby niewielkiej grupy osób płacą wszyscy mieszkańcy Warszawy. Jeśli chcielibyśmy wyczyścić z graffiti wszystkie budynki w Warszawie, zarówno te zabytkowe, jak i nie, trzeba by na to poświęcić kilkanaście lub kilkadziesiąt MILIONÓW złotych.


Tekst autorstwa Mikołaja Olejnika.

Udostępnij materiał:

PoDOBNE artykuły